SPONSORZY GŁÓWNI

Oficjalny Partner Serwisu

PZPS, 25 października 2022

Legendy nie umierają

Polska siatkówka poniosła niepowetowaną stratę. W wieku 69 lat zmarł nasz najwybitniejszy siatkarz w historii Tomasz Wójtowicz mistrz olimpiski i świata, zawodnik, który wyprzedzał historię, postać pomnikowa. Ten niezłomny na parkietach zawodnik przegrał walkę z trapiącą go od kilku lat chorobą nowotworową. Legendy jednak nigdy nie umierają. Przypominamy wywiad jakiego udzielił Tomasz Wójtowicz naszemu portalowi w lutym 2021 roku.

pzps.pl: Wiele lat temu w nieistniejącym już tygodniku „Sportowiec” powiedział pan, że nie miał pan wyjścia. Musiał pan trafić, o ile nie do siatkówki, to do sportu na pewno.
Tomasz Wójtowicz:
Gdy przychodziłem na świat, mój ojciec był już trenerem siatkówki po zakończeniu kariery zawodniczej. Mama też grała. Co prawda ich sylwetki w strojach sportowych na boisku widziałem tylko na zdjęciach. Rodzice czynnie uprawiali różne dyscypliny sportowe, nie tylko piłkę siatkową. Wraz z siostrą i bratem wychowaliśmy się przy i na boisku. Odkąd pamiętam, ciągle były treningi. Ojciec prowadził zajęcia, a ja z bratem odbijaliśmy gdzieś z boku. Z biegiem czasu z tej zabawy zrobiło się poważniejsze trenowanie w szkole średniej. W zespole MKS Lublin zaczęliśmy brać udział w rozgrywkach i tak rozpocząłem wyczynowe uprawianie siatkówki. Po połączeniu klubu z AZS Lublin zacząłem grać w drugiej lidze. Po pewnym czasie przeszedłem do Avii Świdnik, gdzie trenerem był mój ojciec.

W tamtych czasach klub ze Świdnika należał do czołówki w kraju.
Avia początkowo grała w niższych ligach. Gdy mój ojciec rozpoczął tam pracę zespół awansował najpierw do drugiej, a później do pierwszej ligi. Wtedy trafiłem do zespołu, a po pewnym czasie dołączył mój młodszy brat. Miałem lepsze warunki fizyczne od brata, byłem wyższy, jednak mimo propozycji z zespołu piłki ręcznej on wolał trenować siatkówkę. W pierwszej lidze zaczęliśmy sobie całkiem nieźle radzić. Zdobyliśmy brązowy medal, wszystko rozwijało się zgodnie z ambitnym planem, którym było zdobycie mistrzostwa Polski. Mimo zapędów Legii Warszawa, która chciała wykorzystać powołanie do wojska aby zabrać mnie do swojego składu, udało nam się z ojcem załatwić odbywanie służby wojskowej w Lublinie.

Jak wyglądała siatkarska rzeczywistość w Świdniku?
Rzeczywistość była skromna. My co prawda podróżowaliśmy już autokarami, ale ojciec wspominał nieodległe czasy, kiedy na mecze jeździło się ciężarówkami. Z założenia w Polsce nie mogło być sportu zawodowego, więc to zawodowstwo było ukryte. Ja na przykład byłem zatrudniony w Świdniku w fabryce produkującej helikoptery i motocykle.

Rozumiem, że helikoptera pan nie zbudował.
Bardzo przepraszam, ale ja byłem bardzo ważnym elementem polskiego przemysłu zbrojeniowego. Na tyle ważnym, że mój zakład pracy zdołał początkowo wybronić mnie przed przymusowym wcieleniem do Legii Warszawa, mimo że trener Wagner bardzo mnie chciał mieć u siebie. Po igrzyskach w Montrealu, gdy zostawił reprezentację na rzecz Legii – stworzył listę zawodników, którzy mieli do Legii trafić. I ja na tej liście też byłem, a byłem o krok od przeniesienia do rezerwy. Mimo oporów ze strony mojego zakładu pracy sprawa oparła się o generała Jaruzelskiego i nie było siły, musiałem trafić do wojska. Jedyne co wywalczyliśmy, to możliwość odbywania służby w jednostce w Lublinie i gry w Avii. Bywało, że chłopaki przyjeżdżali ze Świdnika na treningi do garnizonu w Lublinie. Jednak Legia nie odpuściła, z biegiem czasu zabroniono mi wyjeżdżać na mecze i moja kariera została zablokowana.

Czy był pan na poligonie?
Oczywiście, chociaż najpierw musiałem przebrnąć przez problem braku munduru w moim rozmiarze. Chodziłem więc przez dłuższy czas po cywilnemu, salutowałem do jeansowej czapki, co strasznie wkurzało oficerów, ale co miałem zrobić? Dopiero w Rembertowie dostałem mundur na wymiar. Na poligonie pod Lublinem byłem, brałem udział w ćwiczeniach. Ten okres izolacji od sportu trwał rok.

Jednak w końcu trafił pan do Legii Warszawa.
Po roku w koszarach liczyłem na powrót do składu Avii. Niestety wtedy zdarzył się tragiczny wypadek samochodowy, w którym zginęło dwóch siatkarzy, jeden odniósł poważne obrażenia, a czwarty został później izolowany. Skład zespołu rozsypał się i z naszych ambitnych planów nic nie zostało. Wtedy Legia zgłosiła się do mnie już z normalną propozycją, na warunkach, które mi odpowiadały. Między innymi do stolicy przenieśliśmy się całą rodziną z ojcem i bratem. Nie byłem też w żaden sposób w wojsku szykanowany. Nie wzywano mnie pod słynną trybunę kortu centralnego Legii na Łazienkowskiej, co często spotykało innych kolegów sportowców. W Legii dograłem do końca mojego grania w Polsce.

Pozwoli pan, że cofniemy się jeszcze do okresu pana gry w reprezentacjach juniorskich. W tych kategoriach wiekowych zdobył pan medale.
Trenowaliśmy pod okiem trenera Władysława Pałaszewskiego, który wychował wielu przyszłych reprezentantów Polski. Grałem w mistrzostwach Europy w Hiszpanii, gdzie zdobyliśmy srebrny medal. Dwa lata później kadra juniorów wywalczyła w Holandii trzecie miejsce, ale mnie i Mirka Rybaczewskiego już tam nie było. Trener Wagner powołał nas, mimo młodego wieku, do pierwszej reprezentacji, z którą pojechaliśmy na mistrzostwa świata do Meksyku.

Wspominał pan, że pojechał pan do Meksyku po roku trenowania z kadrą seniorów. Jako młody, zdrowy siatkarz trafił pan do wspaniałej, wyjątkowej grupy ludzi.
Wraz z Mirkiem trafiliśmy jako najmłodsi do reprezentacji, która była już uformowana, mającej za sobą udział w wielu imprezach. Była to grupa ogranych, bardzo doświadczonych siatkarzy, którzy wygrali wiele mniej ważnych turniejów, ale bez sukcesów w tych najpoważniejszych. Zarzucano im, że są mało odporni psychicznie, spalają się w kluczowych momentach. Myślę, że Wagner powołał nas młodych, bo potrzebował siatkarzy bez obciążeń i złych doświadczeń. Budował nowy zespół, pewny swoich umiejętności, z wiarą w zwycięstwo. To zaczęło się już w 1973 roku, w którym wygraliśmy wiele turniejów. Rok później w Meksyku zdobyliśmy mistrzostwo świata.

Czy często wraca pan we wspomnieniach do mistrzostw w Meksyku?
Dziennikarze tak często mnie pytają, że muszę wracać. Dla mnie wówczas dwudziestoletniego chłopaka to były niesamowite przeżycia. Po pierwsze długi, egzotyczny wyjazd. Po drugie granie ze wszystkimi najlepszymi siatkarzami świata. Byliśmy w wielkiej formie, mieliśmy bardzo mocny zespół. Byliśmy w stanie wygrywać mecze, gdy jedna szóstka grała na boisku, a druga ostro trenowała w bocznej sali. Zmieniając te szóstki w trakcie gry byliśmy w stanie wygrać z najlepszymi. Radość po ostatnim meczu z Japonią była olbrzymia. W domu rodzice byli bardzo dumni.

Dwa lata później do Montrealu jechaliście z deklaracją Wagnera, że zdobędziecie złoty medal. Czy odczuwaliście z tego powodu presję?
Na pewno dołożył nam tym stwierdzeniem dodatkowego stresu. Jechaliśmy oczywiście w roli faworyta, ale bez marginesu błędu. Każdy inny medal byłby porażką. Presja była duża, przeciwnicy też przygotowywali się do ogrania nas. O ile w Meksyku nasza gra dla wielu była zaskoczeniem, rywale spodziewali się, że jak zwykle zawiedziemy w kluczowych momentach, to w Montrealu wiedzieli czego można po nas oczekiwać. Dlatego na igrzyskach szło nam trochę trudniej. Większość meczów rozstrzygnęliśmy w pięciu setach.

Czy z olimpijskiego turnieju coś szczególnie zapadło panu w pamięci?
Dla każdego sportowca występ na igrzyskach jest największym osiągnięciem. Jest to jedyny turniej, w którym możemy spotkać najlepszych sportowców z innych dyscyplin. Mieliśmy okazję spotkać postaci znane nam tylko z gazet i telewizji. Jedliśmy posiłki w towarzystwie największych gwiazd światowego sportu.

Cztery lata później do Moskwy też jechaliście w roli kandydatów do zdobycia medali. Dlaczego wasz występ skończył się poza podium?
Zdecydowanie powinniśmy zdobyć medal, mieliśmy jednak sporo problemów zdrowotnych. Irek Kłos ze względu na kontuzję ręki nie pojechał do Moskwy. Ja miałem świeży uraz łąkotki i problemy z plecami. Grając prosiłem o przerwy na nastawianie kolana. Umiałem to zrobić, siadałem na parkiecie i wykręcałem kolano, żeby łąkotka wpadła na swoje miejsce. Myślę, że będąc w pełnym składzie i w zdrowiu stać nas było co najmniej na srebrny medal. Skończyło się na czwartym miejscu, co uznano wtedy za porażkę, a co do dzisiaj nie zostało powtórzone.

Do Los Angeles w 1984 nie pojechaliśmy, na zastępczym turnieju „Przyjaźni” zajęliśmy trzecie miejsce. Mieliśmy szansę na zdobycie drugiego medalu olimpijskiego?
Mieliśmy bardzo silny zespół. Ze starych zostaliśmy Leszek Łasko i ja, poza tym dużo utalentowanej młodzieży. Graliśmy sprawdziany z Amerykanami, którzy potem zdobyli złoto i ogrywaliśmy ich bez trudu. Liczyliśmy na walkę o medale. Dowiedzieliśmy się o tym, że nie jedziemy do Los Angeles podczas turnieju w Brazylii. Dowiadywaliśmy się w radiu, że kolejne państwa socjalistyczne rezygnują z udziału w igrzyskach. W końcu padło, ze Polska też nie jedzie. Dowiedzieliśmy się, że w zamian pojedziemy na jakiś turniej na Kubę. Podczas zebrania Wagner powiedział, że mamy wolną rękę i można z udziału w turnieju kubańskim zrezygnować bez żadnych konsekwencji. Podniosłem rękę i powiedziałem, że dziękuję. Reszta chłopaków chyba nie wierzyła w ten brak konsekwencji i zdecydowała się pojechać na Kubę. Ja byłem już po roku grania we Włoszech i zdecydowałem się, bo poczterech latach przygotowań do igrzysk jakiś wyjazd na Kubę mnie nie interesował. Za dużo wysiłku włożyłem w te przygotowania, byłem bardzo rozczarowany. Po mojej decyzji od razu wylądowałem na trybunach, już nie zagrałem w turnieju. Szczerze mówiąc obawiałem się czy zabiorą mnie z powrotem do Polski z Brazylii. Udało mi się wrócić do kraju z drużyną, ale był to koniec mojej gry w reprezentacji Polski.

Czy spotkały pana jakieś nieprzyjemności z tego powodu?
W „Sportowcu” Janusz Atlas napisał, że jestem zdrajcą, który za garść dolarów wybrał Włochy, a nie grę w reprezentacji Polski. Było jeszcze kilka nieprzychylnych artykułów, ale na szczęście obyło się bez jakiś kar lub innych sankcji. Przede wszystkim nie zablokowano mi możliwości grania za granicą, a takie możliwości były.

Jak wspomina pan wkład Polaków w rozwój siatkówki we Włoszech?
Do dzisiaj żartujemy, że tak dobrze nauczyliśmy ich grać, że przez lata lali nas jak chcieli. W tamtych czasach mogliśmy wyjechać po ukończeniu 30 lat. Wszyscy modliliśmy się, żeby nie odnieść kontuzji i móc wyjechać aby zarobić parę groszy. We Włoszech było nas wielu. Zbyszek Zarzycki, Edek Skorek, Rysiek Bosek, Wiesiek Gawłoski, Zdzisiek Ambroziak, Olek Skiba, Leszek Łasko, ja i inni. Olek Skiba wychował później jako trener juniorów najlepszą generację włoskich siatkarzy w historii. Włosi mieli pomysł na ściąganie do siebie najlepszych, od których uczyli się, których podglądali. Bardzo fajnie to robili i, jak czas pokazał, odniosło to pożądany skutek. Za naszych czasów włoskie kluby zaczęły odnosić sukcesy w pucharach. Z Santalem Parma zdobyłem w 1985 roku Puchar Europy, rok później w finale ulegliśmy Rosjanom 2:3 prowadząc 2:0 w setach

Komentuje pan mecze siatkówki w Polsacie. Czy miał pan wątpliwości przed podjęciem tej pracy?
Miałem wątpliwości. Słucha się tego przyjemnie, natomiast praca z drugiej strony mikrofonu na żywo to zupełnie co innego. Duży stres, ale tak jak do wszystkiego można przywyknąć. Zacząłem w 2005 roku. Starałem się podpatrywać innych i jakoś powoli oswajałem się z nową rolą.

W pańskim rodzinnym Lublinie odradza się siatkówka. Czy jest w tym mieście zapotrzebowanie na tę dyscyplinę sportu?
LUK Politechnika Lublin jest liderem TAURON 1. Ligi (obecnie PlusLiga - red.). Cieszę się bardzo, że jest szansa żeby siatkówka dołączyła do piłki ręcznej i koszykówki, które grają w najwyższych klasach rozgrywkowych. Wszyscy trzymamy kciuki za awans lubelskich siatkarzy do PlusLigi. Nie zapominajmy, że drużyna ze Świdnika też gra w pierwszej lidze, także powoli mój region wraca do wielkiej siatkówki.

Znalazł się pan w ósemce najlepszych siatkarzy XX wieku ogłoszonej przez FIVB. Jak byłaby pańska pierwsza trójka?
Myślę, że zgodziłbym się z wyborem FIVB. Karch Kiraly na pewno był najwybitniejszy. Osiągnął wszystko w siatkówce halowej i plażowej. Z nim chętnie bym pograł. Poza tym wybrałbym Aleksandra Savina, legendarnego środkowego reprezentacji ZSRR. A w ogóle to myślę, że z tej ósemki można byłoby sklecić całkiem niezły zespól nawet w obecnych czasach.