Pięćdziesiąt lat temu reprezentacja Polski w siatkówce mężczyzn zdobyła w Montrealu złoty medal olimpijski.
W finale Biało-Czerwoni pokonali ZSRR 3:2.
Polscy siatkarze przygotowywali się do Igrzysk Olimpijskich w Montrealu w odosobnieniu. Pośród mazurskich lasów, w Rudziskach Pasymskich, z bezwzględną konsekwencją podnosili swoje umiejętności techniczne i kondycję. Hubert Wagner kładł szczególny nacisk na przygotowanie psychicznie zawodników. Głęboko w pamięć zapadło wystąpienie selekcjonera reprezentacji na temat konieczności skutecznej gry z siatkarzami Związku Radzieckiego. Bilans ostatnich meczów z ZSRR nie był dla Polski korzystny. Naszym celem jest złoty medal, a zadecydować o tym może zwycięstwo nad Związkiem Radzieckim – mówił Wagner. Miał rację.
Turniej olimpijski w piłce siatkowej mężczyzn rozegrano w dniach od 18 do 30 lipca 1976 roku. W turnieju startowało 10 zespołów, które podzielono na dwie pięciodrużynowe grupy. Reprezentacja Polski przyjechała na Igrzyska w zmienionym składzie, w porównaniu do złotej drużyny z Mistrzostw Świata w Meksyku. W Kanadzie nie zagrali Stanisław Gościniak i Wiesław Czaja. W ich miejsce w zespole pojawili się Zbigniew Lubiejewski i Lech Łasko. Trzeba pamiętać, że Wiesław Czaja uchodził za jednego z najskuteczniejszych atakujących, natomiast rozgrywający Stanisław Gościniak został dwa lata wcześniej uznany za najlepszego siatkarza zwycięskich Mistrzostw Świata. Trudno nie uznać takich decyzji za odważne i kontrowersyjne...
W olimpijskim turnieju Polacy w fazie grupowej spotkali się kolejno z Koreą Południową (3:2), Kanadą (3:0), Kubą (3:2) i Czechosłowacją (3:1). Potem czekało ich półfinałowe spotkanie z Japonią, które wygrali także w pięciu setach. W meczu o złoto Biało-Czerwoni zaserwowali kibicom kolejny tie-break, tym razem z ZSRR. Prorocze słowa Wagnera sprawdziły się, a zwycięstwo nad Rosjanami dały naszym legendom upragnione złoto.
Złoci medaliści igrzysk olimpijskich w Montrealu
Bronisław Bebel
Ryszard Bosek
Wiesław Gawłowski
Marek Karbarz
Lech Łasko
Zbigniew Lubiejewski
Mirosław Rybaczewski
Włodzimierz Sadalski
Edward Skorek
Włodzimierz Stefański
Tomasz Wójtowicz
Zbigniew Zarzycki
Wyniki reprezentacji Polski w igrzyskach olimpijskich w Montrealu
Faza grupowa
Polska - Korea Południowa 3:2 (12:15, 6:15, 15:6, 15:6, 15:5)
Polska - Kanada 3:0 (15:4, 15:7, 15:6)
Polska - Kuba 3:2 (13:15, 10:15, 15:6, 15:9, 20:18)
Polska - Czechosłowacja 3:1 (8:15, 15:11, 15:5, 16:14)
Półfinał
Polska - Japonia 3:2 (15:17, 15:6, 15:6, 10:15, 15:10)
Finał
Polska - ZSRR 3:2 (11:15, 15:13, 12:15, 19:17, 15:7)
Tak wspominali turniej sami bohaterowie Igrzysk Olimpijskich Montreal 1976
Włodzimierz Stefański:
Pamiętam początek turnieju, na który jechaliśmy z deklaracją Wagnera, że zdobędziemy złoto. W pierwszym meczu przegrywaliśmy 0:2 z Koreą. Nawet członkowie władz polskiego sportu stracili w nas wiarę, bo opuścili trybuny po drugim secie. My na szczęście nie zwątpiliśmy, koniec był zupełnie inny niż przypuszczali działacze.
Mirosław Rybaczewski:
To był kolejny daleki wyjazd i ciężki turniej. W pierwszym meczu graliśmy z Koreańczykami, którzy wyglądali jednakowo, dobrze że mieli numery na koszulkach bo nie rozróżnilibyśmy ich. Mieszali w ustawieniach i kombinacjach w ataku, zanim połapaliśmy się o co chodzi było 0:2. Nawet Wagner był wystraszony, przestał nas opieprzać, zaczął nas prosić żebyśmy zaczęli lepiej grać. Na szczęście udało się wygrać, bo ten turniej skończyłby się dla nas po pierwszym meczu. W pięciosetowym meczu z Kubą Lopez zaatakował meczową dla nich piłkę ponad blokiem Edka Skorka i w dziesięciocentymetrowy aut na szerokości boiska. Mieliśmy ponownie ogromne szczęście, podobnie było w finale. Naszą siłą był kompletny skład, każdy miał równowartościowego zmiennika. Trochę podobnie jak obecna reprezentacja Polski, której życzę powtórzenia w Tokio naszego wyniku.
Edward Skorek:
O wielkości tamtego zespołu świadczyło to, że nawet przegrywając w meczu 0:2, potrafiliśmy odwrócić losy rywalizacji. Moim zdaniem bardzo trudnym meczem było spotkanie z Czechami. Akurat trafiło to na dzień kryzysowy w turnieju. Wyniki badań wydolnościowych z tego dnia nie kłamały, graliśmy słabo. Męczyliśmy się strasznie, ale wygraliśmy 3:1. Poza tym pięciosetowy mecz z Kubą, o którym rzadziej się mówi. Tam nie dość, że urwało transmisję telewizyjną w piątym secie i Wojtek Zieliński komentował w sposób radiowy, to w końcówce działy się rzeczy dramatyczne. Skończyliśmy wygrany mecz, ale sędziowie odgwizdali atak po bloku, którego nie było. Wróciliśmy na boisko i wszystko się odwróciło. Tomek Wójtowicz zaatakował nieprawdopodobną piłkę z siódmego metra. To był prawdziwy horror. Mieliśmy furę szczęścia, ale jak to się mówi: zwycięzców się nie sądzi. Mecz finałowy utkwił w pamięci ludziom w Kanadzie chociażby z tego powodu, że był jedynym nie przerywanym reklamami podczas transmisji. Staliśmy się rozpoznawalni podczas spacerów po Montrealu. Ludzie wychodzili z biur i sklepów aby pogratulować nam wygranej w finale.
Tomasz Wójtowicz:
Dla każdego sportowca występ na igrzyskach jest największym osiągnięciem. Jest to jedyny turniej, w którym możemy spotkać najlepszych sportowców z innych dyscyplin. Mieliśmy okazję spotkać postaci znane nam tylko z gazet i telewizji. Jedliśmy posiłki w towarzystwie największych gwiazd światowego sportu. Deklaracja Wagnera, że jedziemy po złoto na pewno dołożyła nam stresu. Jechaliśmy oczywiście w roli faworyta, ale bez marginesu błędu. Każdy inny medal byłby porażką. Presja była duża, przeciwnicy też przygotowywali się do ogrania nas. O ile w Meksyku nasza gra dla wielu była zaskoczeniem, rywale spodziewali się, że jak zwykle zawiedziemy w kluczowych momentach, to w Montrealu wiedzieli czego można po nas oczekiwać. Dlatego na igrzyskach szło nam trochę trudniej. Większość meczów rozstrzygnęliśmy w pięciu setach.
Ryszard Bosek:
Odczuwaliśmy bardzo dużą presję! A co więcej to była nie tylko presja, ale też odpowiedzialność, ponieważ do Meksyku lecieliśmy jako outsiderzy, a na IO 1976 już jako faworyci. Przed turniejem nikt nie chciał grać z nami żadnych sparingów, bo nie znalazł się odważny do odsłonięcia kart. Czuliśmy jak wielkie zadanie na nas ciąży, ale ponieważ byliśmy mocną grupą to umieliśmy dawać sobie z tym radę. Większą presję odczuwali trenerzy. My broniliśmy się przyjaźnią – bo jeśli jest się grupą dobrze zgranych przyjaciół to jest łatwiej. Nie bardzo łatwo, ale łatwiej… W finale starliśmy się z ZSRR. Nigdy nie odnosiliśmy się do tego politycznie i zawsze chodziło o wynik sportowy. Wszyscy byliśmy sportowcami i dobrymi kolegami. Tak naprawdę znamy się do tej pory, a nigdy nie rozmawialiśmy o polityce. Były takie momenty, że na koniec turniejów, na bankietach spotykaliśmy się w grupach i najczęściej byli w nich Polacy, Rosjanie i Amerykanie. Nigdy nie było tematu politycznego.




